Ceniony fotograf dzikiej przyrody, Petter Askø Næss, wyjaśnia, dlaczego obiektywy Sony FE 400mm f/4.5 GM OSS oraz FE 600mm f/6.3 GM OSS to wyjątkowe konstrukcje stworzone z myślą o całodniowych plenerach poświęconych fotografowaniu ptaków i zwierząt w ich naturalnym środowisku.
Doświadczając huśtawki nastrojów od zachwytu, podekscytowania po wyczuwalną tremę, wiedziałem jedno – jako fotograf i filmowiec muszę dać z siebie wszystko. Gdy odezwało się Sony z propozycją stworzenia materiału, postanowiłem nie tylko pokonać własne bariery, ale i wycisnąć absolutnie wszystko ze sprzętu. Mój nadrzędny cel? Pokazać prawdziwy charakter moich bohaterów i sprawić, by w swoim naturalnym środowisku wyglądali spektakularnie, zachowując przy tym pełen szacunek dla ich spokoju i bezpieczeństwa.
Mając niespełna dziesięć dni na zrealizowanie materiału, wyraźnie czułem presję upływającego czasu. Czy uda mi się w ogóle trafić na jakieś zwierzęta? Jak dopisze pogoda? Mieszkam w górskiej chatce w Ål w dolinie Hallingdal na wysokości 1100 m n.p.m., gdzie dzika przyroda jest wyjątkowo płochliwa, dlatego jeszcze przed dotarciem sprzętu musiałem zrobić tak dokładny wywiad, jak to tylko możliwe. Co gorsza, dopiero co przeszedłem operację wycięcia wyrostka robaczkowego, a lekarz dał mi kategoryczny zakaz dźwigania cokolwiek cięższego przez cztery tygodnie. Gdy leżałem w szpitalu i dochodziłem do siebie, mój wspaniały Tata ruszył w starodrzew i góry, by wykonać całe rozpoznanie za mnie. Bez niego ponowne zlokalizowanie zwierząt na czas graniczyłoby z cudem. Dziękuję Ci z całego serca, Tato!
Wiedziałem, że te obiektywy będą małe i lekkie, ale po wyjęciu z pudełka i tak zbierałem szczękę z podłogi. Przesiadając się z modelu Sony FE 300 mm f/2.8 GM OSS, od razu poczułem dobrze znaną mi ergonomię, ale w znacznie bardziej zwartym i lżejszym wydaniu. Jakość wykonania, wyważenie, rozmieszczenie przycisków i wygoda obsługi są po prostu genialne. To czysta klasa G Master zamknięta w konstrukcjach ważących poniżej kilograma. Najbardziej uderzyło mnie poczucie pełnej swobody – tak potężne przybliżenie w tak niepozornym korpusie. Po prostu bierze się sprzęt w dłoń, rusza w teren, by nie przegapić żadnego kluczowego ujęcia.
Gdy tylko dostałem obiektywy, od razu ruszyłem w teren – prosto w ulewny deszcz i słabe światło, co w gruncie rzeczy zadziałało na moją korzyść. Paskudna pogoda pozwoliła mi przetestować uszczelnienia, ale przede wszystkim dodała zdjęciom niesamowitego klimatu i dramatyzmu. To właśnie podczas tej sesji powstały jedne z moich ulubionych ujęć sójki syberyjskiej – z jesiennymi barwami i kroplami deszczu otaczającymi ptaki w locie. Obiektywy poradziły sobie z ulewą bez najmniejszego problemu, choć w końcu wrzuciłem osłonę przeciwdeszczową, bo w końcu to był sprzęt testowy. Z wielką chęcią sprawdziłbym je również w śniegu i przy siarczyście niskich temperaturach.
Wydajność
Jednym z moich głównych celów było uzyskanie kadrów z sójką syberyjską – moim ulubionym ptakiem. Uwielbiam uchwycać je zwłaszcza w locie, gdy w całej okazałości prezentują swoje przepiękne pióra. Spędziłem z nimi całe lata w starodrzewie, jednak niestety ich populacja w tym rejonie spadła o ponad połowę po tym, jak wycięto ogromną część ich naturalnego środowiska. Staram się cieszyć każdą chwilą spędzoną w ich towarzystwie, dopóki wciąż mam taką możliwość.
Do tych ujęć najczęściej wybierałem obiektyw 400 mm, głównie ze względu na większe światło przesłony, co pozwalało mi utrzymać odpowiednio krótki czas naświetlania. Nawet przy takich parametrach często pracowałem w granicach ISO 8000–10000, ale dzięki matrycy aparatu Alpha 1 II oraz delikatnej odszumiającej obróbce zdjęcia wyszły po prostu obłędnie. Co najważniejsze, ostrość i przejrzystość oferowana przez sam obiektyw pozostały na najwyższym, absolutnie bezkompromisowym poziomie.
Układ automatycznego ostrzenia potrafi się pogubić w słabym świetle i gęstym deszczu, zwłaszcza gdy próbuje się uchwycić oko ptaka w dynamicznym ruchu. Wiele obiektywów w takich warunkach wpada w panikę, wyostrzając na krople deszczu albo tło, ale w modelu 400 mm ostrzenie idealnie kleiło się do ptaków w locie i dawało ostrość, jak żyletka – nawet przy seriach 30 klatek ma sekundę. Gdy zaczynasz mieć problem z wyborem ulubionego kadru tylko dlatego, że absolutnie wszystkie są trafione i ostre, to zawsze dobry znak. Dla mnie to potężny plus i klasa sama w sobie.
Model 600 mm zrobił na mnie równie piorunujące wrażenie. Lis rudy, sójki syberyjskie czy drobniejszy ptaszek – autofokus działał po prostu bezbłędnie, dokładnie tak, jak tego oczekuję od szkieł z serii G Master. Jeśli sam wykonam swoją pracę jak należy, mam pewność, że sprzęt mnie nie zawiedzie. A to absolutna podstawa, gdy w wizjerze pojawia się niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju moment.
Wykorzystałem oba obiektywy również przy moim długoterminowym projekcie poświęconym lisom rudym. Tutejsze lisy są niezwykle płochliwe i najczęściej pojawiają się, gdy światło niemal całkowicie gaśnie, jednak te szkła bez problemu dawały radę – natychmiast wyłapywały oko zwierzęcia, serwując piękny detal oraz zachwycające, miękkie tło.
Najbardziej zaskoczyła mnie pełna swoboda. Schodzenie do niskiej perspektywy, zmiana kadrów, fotografowanie z ręki, leżenie na skałach czy mokrym torfowisku, ukrywanie się w krzakach, a także marsz przez gęsty las czy strome podejścia – wszystko stało się o wiele prostsze. Dzięki tym obiektywom praca w trudnych warunkach przestała być wyzwaniem, a zaczęła sprawiać czystą frajdę.
Przy fotografowaniu mniejszych ptaków oba obiektywy sprawdziły się genialnie. Model 400 mm idealnie nadaje się do ujęć portretowych z zachowaniem otoczenia, natomiast 600 mm doskonale sprawdza się przy bliskich, kameralnych kadrowaniach. Oba szkła ostrzą już od 2,5 m, co stanowi ogromną zaletę przy fotografowaniu niewielkich obiektów.
Jakość obrazu
Krótko mówiąc – jakość obrazu jest po prostu fenomenalna. Niesamowita ostrość, kontrast i odwzorowanie barw, przy braku jakichkolwiek zauważalnych aberracji podczas moich testów. To czysta jakość stałoogniskowych szkieł z serii G Master. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie również miękkość tła. Choć mówimy o obiektywach o jasności f/4.5 oraz f/6.3, tło jest rysowane niezwykle miękko, z zachwycającym odcięciem głównego motywu i plastycznym, niemal trójwymiarowym efektem. Ostre jak brzytwa fotografowane obiekty na bajecznie rozmytym tle.
Telekonwertery
Praca z telekonwerterami przypominała to, do czego przyzwyczaił mnie model 300 mm. Mój zdecydowany faworyt w połączeniu z oboma obiektywami to wersja 1.4x – spadek prędkości autofokusa jest praktycznie niezauważalny, a ostrość pozostaje wybitna. Konwerter 2x również radzi sobie zaskakująco dobrze, choć – co naturalne – jakość obrazu nieznacznie na tym cierpi.
© Petter Askø Næss | Sony α1 II + FE 400mm f/4.5 GM OSS + 1.4x Teleconverter | 1/800s @ f/6.3, ISO 2500
© Petter Askø Næss | Sony α1 II + FE 600mm f/6.3 GM OSS + 2x Teleconverter | 1/1250s @ f/13, ISO 5000
Garść uwag na koniec
Uwielbiam te obiektywy i najchętniej wcale bym ich nie oddawał. Potężna moc i wielkie przybliżenie zamknięte w tak małej formie dają niewyobrażalną wręcz swobodę. Pozwalają w pełni skupić się na samym obcowaniu z naturą, zamiast opadać z sił pod ciężarem morderczo ciężkiego sprzętu. Moje krótkie spotkanie z krogulcem tylko przypomniało mi, jak ważne jest, by sprzęt mieć zawsze pod ręką. Spotkanie trwało zaledwie około 20 sekund, więc gdybym schował sprzęt do plecaka, przegapiłbym tę chwilę.
Wybór między tą dwójką jest dziecinnie prosty. Pod względem wydajności i jakości obrazu oba obiektywy idą łeb w łeb, a główne różnice sprowadzają się do ogniskowej i jasności przesłony. Jeśli priorytetem jest jak największe przybliżenie, nalezy postawić na FE 600 mm f/6.3 GM OSS. Jeśli natomiast da się podejść dostatecznie blisko i priorytetem jest jasne szkło, nalezy wybrać FE 400 mm f/4.5 GM OSS.
Rozpocząłem ten projekt niespełna dwa tygodnie po operacji, a mimo to praca z tymi obiektywami nie sprawiała mi najmniejszego kłopotu. To daje mi pewność, że sprawdzą się u każdego – niezależnie od wieku czy poziomu zaawansowania. Nie trzeba być kulturystą, by swobodnie fotografować z ręki, a statyw można prawdopodobnie zostawić w domu. Te obiektywy pozwalają zapuścić się głębiej w dziką głuszę, zostawiając w plecaku miejsce na inne niezbędne rzeczy, jak odzież czy sprzęt turystyczny. Jestem święcie przekonany, że te szkła trafią do bardzo szerokiego grona odbiorców – i dokładnie na to zasługują. Będą doskonałym wyborem zarówno dla początkujących, pasjonatów, jak i zawodowców. Sam bez dwóch zdań chcę je mieć w swoim torbie!